Polak płakał, jak oddawał

To już ostatni raz. Nieee, nie chodzi mi o felieton – tych mam nadzieje będzie jeszcze niemało.

Fiat 500, 3-letni niemowlak, który jeszcze pachnie nowością. Mój środek komunikacji, samochód wynajęty na 3 lata, który niedawno przyszło mi zwrócić. Nadszedł czas, kiedy ostatni raz zasiadam za kółkiem tej maszyny. Jakie to uczucie?

Poniedziałek, dzień przed oddaniem. Ostatni przejazd dobrze znaną mi trasą z Grochowa na Stary Mokotów, na siłownię. Na zegarku prawie 22:00. Wychodzę z mieszkania i wsiadam do samochodu – ruszam. Trasa Łazienkowska – nie spieszę się. Jakoś tak serce się ściska. Estakada przy Rondzie Jazdy Polskiej i zjazd w lewo, tym razem bez czekania, na zielonym. Pod powiekami wilgotno…  Tyle razy wspólnie pokonywaliśmy tę drogę… Głupie, nie? Przywiązałem się do białego agregatu żelastwa. I rozstanie odbieram tak, jakbym miał wykroić sobie kawałek serca. I nie zrozum mnie źle, nie zatrzymałbym tego samochodu. Ale czuję to, co czuję.

Przywiązanie – o tym chcę dziś pisać. Niewątpliwie ludzka (czy tylko?) cecha. Przywiązuję się do osób, ale też do miejsc i rzeczy. Też masz tak, że po szufladach gromadzisz sterty rupieci, bo przecież „żal wyrzucić”? Ach… te sentymenty! Czyż nie one powodują, że na słowa „Ojczyzna Was potrzebuje, towarzyszu!”, niejeden rzucał wszystko i wstępował do woja? Czy to nie one piórem Mickiewicza wołały:

„Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie.”
(tak, to ten kraj „gdzie bursztynowy świerzop”).

Przywiązanie. Z jednej strony – objaw ludzkich odruchów. Z drugiej – pasożytniczy bluszcz wplatający się w serce i rwący za każdym razem, gdy próbuję ruszyć się z miejsca. Czy to samo przywiązanie, które pcha mnie do tego, aby walczyć o rzeczy dla mnie istotne, nie stanie się przekleństwem w chwilach prawdziwej próby? Zastanawiam się, jak zachowałbym się gdyby przyszło mi pożegnać się nie z wypożyczonym samochodem, ale ze zgromadzonym latami majątkiem? Z marzeniami na przyszłość, albo nawet z własnym zdrowiem, czy… życiem? Skoro tak mocno przywiązałem się do tego białego rumaka 🙂 , co by było, gdyby przyszło mi rozstać się z czymś o wiele cenniejszym?

Jak zachowałbym się, gdybym znalazł się w więzieniu śledczym NKWD i przekonywano by mnie, (przy użyciu subtelnej techniki perswazji polegającej na zadaniu uszczerbku na moim ciele, rzecz jasna) abym wydał nazwiska? Wyrzekniesz się zasad – zachowasz zdrowie. Wytrwasz przy swoim – zostaniesz kaleką na całe życie. Sypałbym, czy nie? Dzieje ludzkości inkrustowane są niezliczonymi historiami milionów tych, którym kazano odpowiedzieć na to pytanie.

”Pułkownik (…) uderza pałką w nerw kulszowy, jeśli pośladek schudł od długiego głodu. Ból odzywa się nie w miejscu uderzenia – pęka głowa. Po pierwszym ciosie bity wariuje z bólu, obłamuje paznokcie o chodnik.” [1]

Utrata majątku boli, ale zawsze można go odrobić. Niektóre zaś rzeczy, takie jak ciało, dostajemy tylko raz. Ból to jedno. Ale zwyczajnie szkoda tych rąk. Szkoda połamanych palców, przetrąconego kręgosłupa… „Maszę G. (…) trzymano  dwie godziny w lodowatej wodzie po kostki. Miała 18 lat; jak jej żal było tych nóg… i jak długo jeszcze trzeba będzie tupać nimi po życiu” [1].

Jak w takich chwilach nie złamać się, kiedy jestem wrażliwy na ból i przywiązany do swojego życia?  „Trzeba wejść do więzienia bez drżenia o swoje (…) ciepłe życie. Trzeba na progu sobie powiedzieć: moje życie się skończyło, trochę za wcześnie, ale co zrobić. (…) Pisane jest mi, że zginę: (…) lepiej więc prędko. (…) Ciało moje jest dla mnie czymś obcym i bezużytecznym. Tylko duch mój i moje sumienie są dla mnie dalej drogie i ważne. Takiemu więźniowi śledztwo może nie dać rady!” [1] To Aleksander Sołżenicyn. A ja? Hmm… A więc wyrzeczenie się… wszystkiego?

A co z tym przywiązaniem do rzeczy? Skąd się to bierze? Ano, ponoć psychika człowieka skonstruowana jest w taki sposób, że rozszerza postrzeganie granicy naszego ciała na używane przez nas rzeczy, które w naszej percepcji stają się niejako nami samymi.

Jordan Peterson, kanadyjski psycholog kliniczny, pisze: „Jeśli wyciągniemy rękę, trzymając śrubokręt, automatycznie uwzględniamy jego długość. (…) Możemy jego końcówkę wkładać w zakamarki i pojmować, co dotykamy. (…) Samochód, który prowadzimy, natychmiastowo i automatycznie staje się nami. Dlatego, gdy ktoś uderzy pięścią w maskę naszego wozu, (…), odbieramy to osobiście. Tym niemniej, bez rozszerzenia siebie na maszynę, nie dałoby się prowadzić.” [2]

A więc oddając Fiata 500, oddałem kawałek siebie? Ajjj, znowu te sentymenty! To przywiązanie do rzeczy, które kusi mnie do trzymania się kurczowo tych skrawków rzeczywistości, które stały się dla mnie znajome. Przywiązanie do samochodu, pracy, miejsca zamieszkania, utartego sposobu postępowania, własnego ciała, wizji przyszłości, swoich marzeń… Przywiązanie do marzeń… To chyba trzyma najbardziej!

Stanisław Barańczak, człowiek, który zaznał w życiu tułaczki, tak by to wszystko skomentował:

„Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?” [3]

Ehh, gdybym ten piece of art przeczytał wcześniej. A teraz… cóż, Polak płakał, jak oddawał. Tak czy inaczej, zawsze coś się kończy, a coś zaczyna!

 

Źródła

  • [1] Aleksander Sołżenicyn, Archipelah GUŁag
  • [2] Jordan Peterson, 12 Rules for life: An antidote for chaos. (tłumaczenie moje)
  • [3] Stanisław Barańczak, Jeśli porcelana to wyłącznie taka

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *